Ubuntu One
17.5.2009 @ 22:29

Wszyscy już zapewne wiedzą, że Canonical rozpoczął fazę beta nowej usługi – Ubuntu One. I ma w związku z tym problem. Ubuntu posiada coś takiego, jak Ubuntu Philosophy. Trzy punkty, które powinny wyznaczać kierunek rozwoju projektu. W punkcie pierwszym Filozofia stwierdza:
Every computer user should have the freedom to download, run, copy, distribute, study, share, change and improve their software for any purpose, without paying licensing fees.
Problem, o którym wspomniałem wyżej wynika ze zderzenia punktu pierwszego z rzeczywistością – o ile klient nowej usługi jest open source, to już jej backend nie. To jest zresztą generalnie problem z całym tzw. „cloud computing”, które przeprowadza oprogramowanie z komputera użytkownika na serwery dostawcy. Chociaż – warto dodać – Canonical postarało się bardziej niż Dropbox, który po stronie klienta oprócz otwartoźródłowej wtyczki do Nautilusa instaluje też własnościowego demona zarządzającego właściwą synchronizacją. W Ubuntu One własnościowe jest tylko to, co działa „w chmurze”.
Osoby, które nigdy nie używały Linuksa nie bardzo wiedzą w czym problem. Osoby, które nigdy nie używały Linuksa posiadają na swoim komputerze system operacyjny, który zarządza pracą ich maszyny. Osoby, które nigdy nie używały Linuksa często nie potrafią zrozumieć dlaczego system operacyjny może wzbudzać emocje większe niż te, które przy kasie towarzyszą zmianie właściciela biletów płatniczych Narodowego Banku Polskiego. Osoby te mogą w tym momencie przestać czytać, bo nie chce mi się strzępić klawiatury na tłumaczenie wszystkiego od podstaw.
Do pozostałych: pisze do was facet korzystający z OS X i Safari. Tenże facet ma 9.04 na laptopie, choć nie ma czasu żeby przy tym laptopie porządnie przysiąść; ma też w pracy Ubuntu Server i bardzo go sobie chwali. Ten facet wszystko rozumie, te dylematy, te rozterki, te imponderabilia. To jest ten sam facet, który kupił i przeczytał „W obronie wolności”, zdaje się że zrozumiał zawarte w niej treści, zaś samego autora bardzo lubi i chyba już nie przestanie. Tak, Torvaldsa też. ALE…
Pięć lat temu, gdy Canonical wchodziło do gry z 4.10, robiło to w bardzo określonym celu. Shuttleworth nie krył nigdy, że interesuje go wpisanie się na karty historii, bo pieniądze już ma. Chciał zrobić z Linuksa liczący się system operacyjny, przy okazji zmieniając sposób tworzenia oprogramowania, czy raczej filozofię jego tworzenia. Można to zrobić na dwa sposoby: siłom i godnościom osobistom
albo cwaniej, idąc na kompromisy. Przede wszystkim zaś bój idzie o to, by dostarczyć projektowi solidnych, niezależnych od portfela sponsora źródeł finansowania. Były już zatem komercyjne kodeki, był Landscape, teraz dołącza Ubuntu One. Nie mnie oceniać czy są to dobre pomysły na finansowe wybicie się na niepodległość, ale jedną rzecz do wiadomości przyjąć musimy: albo chcemy dystrybucji, która na biurku pcha całą platformę do przodu, albo obrażamy się na rzeczywistość i zamykamy w getcie. Zresztą… Każdy linuksiarz wie, że w każdej chwili może zmienić dystrybucję, nie wysilając się przy tym zbytnio.
Gdyby mnie ktoś zatem pytał, to ja trzymam kciuki za Ubuntu One, tym bardziej że docelowo nie ma to być klon Dropboksa, ale kompleksowa usługa z konkretnym API, które umożliwi twórcom aplikacji „gadanie” z chmurą, czyli coś więcej niż na przykład MobileMe. Nazwa trochę średnio dobrana, ale zobaczymy.
Sursum corda, panowie linuksiarze. Będzie dobrze.
