…aczkolwiek dziś będzie krótko, bo to i późno w nocy i jeszcze w dodatku mi pion wodny strzelił.
W nawiązaniu do postu Hadreta, a właściwie do jego pierwszej części, tej a propos patriotyzmu. Ze słowem patriotyzm mam ten problem, że reaguję nań podobnie, jak swego czasu Reichsmarschall na kulturę: odbezpieczam pistolet. Sięganie po broń palną jest rzecz jasna prostackie i świadczy o braku kultury osobistej, a ja prosty człowiek jestem acz ambitny, więc lubię się podeprzeć zdaniem mądrzejszych od siebie i kulturalniejszych też. Jakiś czas temu znalazłem odpowiedni cytat i szukałem tylko okazji żeby z nim wyjechać. Okazja – dzięki Hadretowi – się nadarzyła, więc uwaga, wyjeżdżam:
Jednym z kluczowych pojęć wydaje się tu być tożsamość; tożsamość dana versus tożsamość wypracowana (czy też dodana jakby woleli zwolennicy analogii z VAT-em). Duma z tożsamości danej, tej która nam przypadła w udziale przypadkiem, nie świadczy o nas najlepiej, aczkolwiek właśnie tę dumę próbują w nas zaszczepić wychowawcy. Polak, katolik, arystokrata, czy inteligent z dziada pradziada, dumny mieszkaniec miasta w odróżnieniu od mieszkańca wsi, biały człowiek, Europejczyk — długa lista zadowolonych z siebie dziedziców czasem przywilejów, a czasem tylko kompleksów.
Dumni posiadacze wyłącznie odziedziczonej tożsamości wydają się w społeczeństwie przeważać i z reguły są surowymi strażnikami bezmyślności jako wartości. Wyzwalanie się z tradycji nie oznacza jej całkowitego odrzucenia, jest raczej odrzuceniem bezrefleksyjnego akceptowania odziedziczonego bagażu i decyzją o traktowaniu przeszłości własnej grupy nie tyle jak sklepu z cennymi antykami, a raczej jak strychu ze starociami, na którym wśród śmieci znajduje się czasem rzeczy piękne i cenne.
Andrzej Koraszewski – brawa dla tego pana. Sam bym tego lepiej nie wyraził. Cały tekst, jeśli kto ciekawy, tutaj.
A teraz branoc.

W przytoczonym cytacie są wyłącznie gołe stwierdzenia, bez tła, argumentów etc. Miernie. Mam domysł przeradzający się w pewność, że autorowi chodzi zwyczajnie o coś w rodzaju młodzieńczego buntu przeciw wychowawcom. Tyle mniej więcej, co czasami obserwuję u mojej nastoletniej córze. Ale ponieważ Koraszewski jest dorosłym z ambicjami, więc ubiera to w fałszywą świadomość.
30.4.2009 @ 08:56 #… a teraz najlepsze: dorosłość polega na tym, że stajesz się świadom tego, co odziedziczyłeś i tego, co sam wypracowałeś. Zawsze towarzyszy temu napięcie. Jeżeli masz wystarczająco rozumu i wiedzy, to będziesz borykał się z wieloma dylematami na tle tego napięcia.
Tyle jeśli chodzi o pitu-pitu.
A ze spraw poważnych: życzę szybkiego przywrócenia dostawy wody! Unikaj zalania! ;)
Krzychu:
Ale czytałeś tekst, do którego linkowałem, prawda? Zauważyłeś, że jest to fragment całości poświęconej czemuś zupełnie innemu? Nie oczekuj, że znajdziesz jakieś „argumenty”. Zresztą w tym przypadku trudno o jakieś argumenty, bo to kwestia innej wrażliwości i podejścia do życia, nie bardzo wiem co tu „argumentować”.
2.5.2009 @ 11:07 #Mógł bym silić się na oryginalność, ale posłużę się cytatem, (zgodnie z metodologią akademicką):
2.5.2009 @ 23:59 #„Spójrzmy na przykład na człowieka zbudzonego w nocy przez jeden z tych koszmarów sennych, w których traci się całkowicie poczucie tożsamości i miejsca. (…) Przebudzony, leży w łóżku tknięty czymś w rodzaju metafizycznego paraliżu, czując się oddalony co najwyżej o krok od owego unicestwienia, które zagrażało mu w przerwanym właśnie śnie. Przez kilka chwil tak boleśnie jasnej świadomości jest w stanie nieomal zmysłowego kontaktu ze śmiercią i – wskutek tego – z nicością, lecz wówczas po omacku sięga po papierosa i, jak to się mówi, „wraca do rzeczywistości”. Przypomina sobie swoje nazwisko, adres i zawód, swoje plany na następny dzień. Przechadza się po domu, pełnym potwierdzeń przeszłej i obecnej tożsamości. Słucha odgłosów miasta. Może nawet obudzi żonę i dzieci i zostanie uspokojony przez ich zatroskane zapewnienia. Wkrótce może śmiechem skwituje niedorzeczność tego, co się właśnie zdarzyło, zajrzy do lodówki, żeby coś przekąsić lub do barku, żeby coś łyknąć na sen i pójdzie do łóżka z postanowieniem, że będzie śnił o awansie. (…) czym właściwie jest ta „rzeczywistość”, do której nasz przebudzony właśnie powrócił? Czy jest to „rzeczywistość” jego społecznie skonstruowanego świata, owego „świata «w porządku»”, w którym pytania metafizyczne są zawsze czymś śmiechu wartym, jeśli nie zostały uchwycone i wykastrowane przez oczywistości rytualizmu religijnego? Chodzi o to, iż ta „rzeczywistość” jest wielce nietrwała. Nazwiska, adresy, zawody i żony mają zwyczaj znikać. Wszelkie plany spełzają ostatecznie na niczym. Wszystkie domy w końcu pustoszeją, nawet jeśli przeżyjemy całe nasze życie bez uświadomienia sobie dotkliwej przypadkowości wszystkiego, czym jesteśmy i co czynimy, nie unikniemy ostatecznie powrotu do tamtej chwili zmory nocnej, gdy czujemy się odarci ze wszelkich imion i wszelkiej tożsamości” (Peter L. Berger, „Zaproszenie do socjologii”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999, s. 138-139)