Tak, jeszcze żyję…

…aczkolwiek dziś będzie krótko, bo to i późno w nocy i jeszcze w dodatku mi pion wodny strzelił.

W nawiązaniu do postu Hadreta, a właściwie do jego pierwszej części, tej a propos patriotyzmu. Ze słowem patriotyzm mam ten problem, że reaguję nań podobnie, jak swego czasu Reichsmarschall na kulturę: odbezpieczam pistolet. Sięganie po broń palną jest rzecz jasna prostackie i świadczy o braku kultury osobistej, a ja prosty człowiek jestem acz ambitny, więc lubię się podeprzeć zdaniem mądrzejszych od siebie i kulturalniejszych też. Jakiś czas temu znalazłem odpowiedni cytat i szukałem tylko okazji żeby z nim wyjechać. Okazja – dzięki Hadretowi – się nadarzyła, więc uwaga, wyjeżdżam:

Jednym z kluczowych pojęć wydaje się tu być tożsamość; tożsamość dana versus tożsamość wypracowana (czy też dodana jakby woleli zwolennicy analogii z VAT-em). Duma z tożsamości danej, tej która nam przypadła w udziale przypadkiem, nie świadczy o nas najlepiej, aczkolwiek właśnie tę dumę próbują w nas zaszczepić wychowawcy. Polak, katolik, arystokrata, czy inteligent z dziada pradziada, dumny mieszkaniec miasta w odróżnieniu od mieszkańca wsi, biały człowiek, Europejczyk — długa lista zadowolonych z siebie dziedziców czasem przywilejów, a czasem tylko kompleksów.

Dumni posiadacze wyłącznie odziedziczonej tożsamości wydają się w społeczeństwie przeważać i z reguły są surowymi strażnikami bezmyślności jako wartości. Wyzwalanie się z tradycji nie oznacza jej całkowitego odrzucenia, jest raczej odrzuceniem bezrefleksyjnego akceptowania odziedziczonego bagażu i decyzją o traktowaniu przeszłości własnej grupy nie tyle jak sklepu z cennymi antykami, a raczej jak strychu ze starociami, na którym wśród śmieci znajduje się czasem rzeczy piękne i cenne.

Andrzej Koraszewski – brawa dla tego pana. Sam bym tego lepiej nie wyraził. Cały tekst, jeśli kto ciekawy, tutaj.

A teraz branoc.