Zapewne nawet najbardziej zaciekli[1] czytelnicy blogusia nie zdają sobie sprawy jaką to miętę czuję do dokonań grupy Massive Attack. Przy czym czuję się też w obowiązku zaznaczyć, że uczucie to nie przekłada się wcale na umiłowanie do gatunku jako takiego. Trip hop nie kręci mnie jakoś szczególnie, tylko od Massive Attack zalatuje wspomnianą miętą.
Ze zespołem tym stało się tak, że najpierw wydał trzy znakomite płyty – „Blue Lines”, „Protection” i „Mezzanine” – a potem wziął i się zepsół. Czwarty krążek, „100th Window”, był właściwie solowym dokonaniem 3D. Umówmy się, że to nie była dobra płyta, wcale. Jakby w uznaniu tego smutnego faktu del Naja zrobił sobie siedmioletnią przerwę i gdy PT Publiczność przekonana już była, że projekt poszedł do piachu, Massive Attack powróciło. I to, w mordę, naprawdę był Zmasowany Atak.
„Heligoland”, piąty krążek. Pełna rehabilitacja po „100th Window”, nie wiem czy nie najlepsze dokonanie w dziejach grupy. Mam jakoś tak dziwnie, że dobre płyty rozpoznaję po tym, że mi się nie podobają. Znaczy, wróć – nie podobają mi się przy pierwszym przesłuchaniu. Przesłuchanie drugie, które następuje z reguły następnego dnia po tym pierwszym, przynosi już wzrost zainteresowania i ostrożne stwierdzenie, że może nie jest tak źle, jak się na początku wydawało. Przesłuchanie trzecie kończy się łagodną odmianą ekscytacji, że właśnie udało mi się trafić na dobrą płytę. Czwarte jest tylko potwierdzeniem tej diagnozy i rozpoczyna kilkutygodniowy maraton z jednym krążkiem na uszach, aż do zajechania materiału. Szybki galop po internetowych recenzjach potwierdza tą diagnozę: nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu.

Zaczyna się znakomicie: „Prain for Rain” to typowo massivatackowy numer, odpowiednio mroczny, na wysokości 2:50 łapiący drugi, lepszy oddech. Dodatkowo zawiera chyba najlepszy wokal na całym krążku (Tunde Adepimbe). „Babel” z Martiną Topley-Bird już taki dobry nie jest, aczkolwiek poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Splitting the Atom”, znany z epki, jest minimalistyczny, leniwy, hipnotyzujący.
„Girl I Love You” to kolejny jasny moment na płycie, trochę jakby wyjęty z sesji „Blue Lines” – gdyby nie Horace Andy na wokalu byłby jeszcze lepszy. Następujący zaraz po nim „Psyche” to bardzo przyjemna przyśpiewka – dosłownie. Takie małe niby nic, ale wkręca. „Flat Of the Blade” to chyba najsłabsza chwila, nie będę się rozpisywał, tym bardziej, że zaraz po nim melduje się „Paradise Circus”. Murowany kandydat do ścisłej czołówki dokonań grupy, wsłuchajcie się w wokal Hope Sandoval i zwróćcie uwagę jak całość się pięknie rozwija – z prostej melodii do małego, muzycznego Wszechświata (poniższy teledysk to wersja NSFW, lepsza moim zdaniem od tego, co widać w telewizorach).
„Rush Minute” to del Naja na wokalu, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej (ktoś pamięta „Eurochild”?) i znów dwie czy trzy nuty w tle. „Saturday Come Slow” to Damon Albarn z Blur (idealnie pasuje do tej linii melodycznej, właściwie mógłby się pod tym podpisać). Zamykający „Atlas Air” to wisienka na torcie – dosłownie. Mój ulubiony utwór, zaczyna się znakomicie a potem jest już tylko lepiej. 3D wiedział chyba dobrze, że musi to mieć tylko dla siebie. Ech, żeby każda płyta kończyła się tak dobrze…
Jak zapewne zauważyliście rzadko się tu rozpisuję o muzyce, ale czasem pojawiają się takie krążki, że po prostu nie można przejść obok nich obojętnie. „Heligoland” to póki co płyta roku i nie sądzę, żeby cokolwiek mogło jej zagrozić przez kolejne dziesięć miesięcy. #wyraz[2], żebym tylko nie musiał czekać na kolejne wydawnictwo MA przez następne siedem lat.
Na koniec wyjaśnienie ekonomicznego wątku w tytule: za niecałe czterdzieści złotych polskich dostajecie tyle radochy, że starczy na długo. Mocny towar, jak mówią na dzielni. I tylko trochę żal, że za oceanem mogą mieć wersję MP3 za niecałe 10 dolarów. Szybkie przeliczenie siły nabywczej polskiej pensji w stosunku do równie polskich cen mam za całą diagnozę sytuacji na nadwiślańskim rynku muzycznym. Ale, ale – nie mój cyrk, nie moje małpy, señores presidentes.
Przypisy:

Jak zacząłem czytać to się zastanawiałem czy odniesiesz się do teledysku w wersji NSFW. A Ty go nawet zamieściłeś :)
A ogólnie – płyta co najmniej dobra, za mało razy może jeszcze przesłuchałem. Co ciekawe – do Trip hopu mam podobny stosunek, oprócz MA słucham jeszcze dwóch pierwszych płyt Morcheeby.
15.2.2010 @ 07:50 #Zdecydowanie dobry krążek. Niestety – co do siły nabywczej i komentarza odnośnie cen nawet nie będę się odnosił. Opadnięte ramiona nie pozwalają na wklepanie czegoś więcej, niż krótka przerwa w robocie przewiduje.
16.2.2010 @ 16:18 #[...] pisać o muzyce, jak on. w związku z czym zainteresowanych odsyłam do jego bloga, a konkretnie do tego wpisu. Massive Attack w ramach promowania nowej płyty zawita do Polski na Open’era, a że [...]
3.3.2010 @ 14:08 #