Forza Porta!

Jak zapewne część z Was wie, mam Szufelkę. Mój entuzjastyczny stosunek do niej nie zmienił się wcale, bo uważam że za te pieniądze lepszego odtwarzacza empeczy nie znajdziecie. Szufelkę otrzymałem oczywiście w komplecie ze słuchawkami Apple – naczytałem się na ich temat sporo, określenie „przekaźniki neodymowe” robiło na mnie wrażenie, choć do dziś go nie rozumiem. Ku mojemu zaskoczeniu słuchaweczki okazały się całkiem sprawne – miałem porównanie z Sennheiserami MX200, którymi posługiwałem się przed epoką „szufelkową”. Żyliśmy sobie z applowskim kompletem w zgodzie, aż razu pewnego podkusiło mnie, żeby pójść za radą Krzycha i kupić sobie sprzęt Kossa – model Spark Plug. Krzychu rozpływał się nad nimi w zachwytach, więc spróbowałem. Słuchawki wyglądały dziwnie, trochę jakby z późnego peerelu. Oprócz wyglądu zapamiętałem dobrze dźwięk. Spark Plug opisywane były jako sluchawki douszne ze świetnym basem, czego w ipodowych dousznikach nieco mi brakowało. Faktycznie, bas był. Gdy pierwszy raz nacisnąłem „play” mając w uszach Kossy, poczułem że nerki podskakują mi w rytm uderzeń perkusji. Łał. To było coś. Niestety, wraz z podbiciem basu Sparki obcinały soprany, czego summa summarum nie udało mi się im wybaczyć. Poza tym lewą małżowinę uszną mam chyba większą niż prawą, czy też w inny sposób niekompatybilną – o ile w prawej słuchawka czopowała się bez zarzutu, o tyle w lewej wciąż czułem denerwujący luz. No i jeszcze ta ściana dźwięku – po uruchomieniu iPoda można było zbombardować mi za plecami pół miasta, niczego bym nie usłyszał. Z tych przede wszystkim powodów wróciłem do słuchawek Apple.

I tak by pewnie już zostało, gdyby nie fakt, że moje podłączone do komputera nauszne i zamknięte Philipsy SBC HP090 (ambitne oznaczenie, proszę się nim nie sugerować; w hipermarkecie kosztują 30 zł, przy przecenie nawet 20) powoli zaczynały przypominać sprzęt z demobilu Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Pomyślałem, że skoro małżowinka lubi czasami okupować Skype, to nabędę jakieś coś z mikrofonem. Wszedłem na Allegro, zażądałem okazania słuchawek. Klikając tu i ówdzie dotarłem w końcu do aukcji, na której oferowano sprzęt znanej mi już firmy Koss, model Porta Pro. Jako że cena była rozsądna, zajrzałem… i przepadłem. Po przeczytaniu opisu przeryłem chyba pół polskiego internetu i ćwierć zagramanicznego. Wszystkie recenzje były zgodne: ich autorzy pieli z zachwytu i tylko wysokość tych pień różniła opisy. Spojrzałem jeszcze raz na cenę: 128 zł, nie chce być inaczej. Sprzęt nowy, z fakturą. Heja, bierzemy. Klik, klik, przelew, czekamy. Po ponad tygodniu dojechały.

Porta Pro w pełnej okazałości
Koss Porta Pro to słuchawki nauszne, otwarte, zaprojektowane specjalnie do urządzeń przenośnych. Mają dwudziestoletnią historię, pierwszy raz weszły do sprzedaży w 1986 roku. Od tego momentu ich zewnętrzna forma nie zmieniła się prawie wcale, jedyne co udoskonalano, to wnętrze. Efekt jest taki, proszę ja Was, że ten sprzęt kładzie dziś na łopatki wszystko w tej klasie cenowej. Jedyny konkurent to Sennheisery PX200, te są jednak o 25% droższe (mówię o cenach sklepowych, w porównaniu z ceną z Allegro są droższe dwa razy).

Po wyjęciu ich z pudełka pierwsze co się ma, to wątpliwości. Słuchawki wyglądają bardzo delikatnie i naprawdę nie wydaje się, żeby z tych niepozornych głośniczków można było coś sensownego wykrzesać. Te obawy szybko znikają po podłączeniu do iPoda. Luuuuuudzie, zmiotło mnie, dosłownie mnie zmiotło. Akurat miałem w odtwarzaczu koncert Petera Gabriela temi rencami wyrżnięty z koncertowej płyty DVDMP3 160 kpbs przekonwertowane z OGG Vorbis. Z pewnym takim zdumieniem w wielu miejscach usłyszałem stopę perkusji, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ten dźwięk cały czas tam był. Scena muzyczna rozszerzyła się gwałtownie, słowo „stereo” nabrzmiało nowego znaczenia. Bas jest znakomity, fantastyczny. Ciepły i naturalny. Taki, jaki powinien być. Wiem co mówię, bo w ramach testowania odsłuchałem kawałek Massive Attack„Karmacoma”, który jest właściwie jednym wielkim basem. Wrażenia niezapomniane.

To takie coś, co widać nad głośnikami, to system mocowania, dzięki któremu słuchawki doskonale trzymają się na głowie i można się nimi zapuszczać w radosny headbanging. W komplecie jest jeszcze pozłacana przejściówka na dużego jacka oraz skórzany futerał – Porty składają się „do środka” i w tej postaci są naprawdę niewielkie.

Ten sprzęt mają jedną wadę – bezlitośnie odsłania niedoróbki w kompresji czy nawet samym nagraniu. Używam go od kilku w sumie godzin i już łażą mi po głowie myśli w rodzaju „a może pozbędziemy się iPoda i kupimy jakiś naprawdę dobrze grający sprzęt, odtwarzający FLAC czy Ogg Vorbis, jakiegoś iRivera czy inne iAudio„. Mam nadzieję, że to mi przejdzie, bo ceny tych cacek nie podobają mi się ani trochę.

Zapomniałem o jeszcze jednej zalecie Kossów: o gwarancji. Standardowo ma 12 miesięcy. Po tych dwunastu miesiącach otrzymujecie dożywotnią gwarancję na sprzęt. Dożywotnią. Jeżeli wasze słuchawki pogryzie pies, wpadną do basenu czy spłoną w ognisku wysyłacie to, co z nich zostało do polskiego dystrybutora a ten albo je naprawia, albo przysyła nowe. W razie gdyby zaprzestano produkcji posiadanego przez Was modelu, zostanie on wymieniony na w danej chwili obecny w ofercie funkcjonalny odpowiednik. Za każdą taką naprawę/wymianę płacicie 45 zł plus koszty przesyłki, czyli w sumie jakieś 60 zł. Ciekawa propozycja, prawda?

Do niedawna wydawało mi się, że człowiekowi w moim wieku nie wypada pojawiać się „na mieście” w słuchawkach nausznych. Od wczoraj wiem już, że jestem gotów sprzedać resztki godności osobistej za cenę przyjemności słuchania dźwięków napływających z dwóch niepozornych, czarnych gąbek. Czego i Wam życzę.

Chciałbym stanowczo zdementować plotki, jakoby firma Koss zafundowała mi wakacje na Hawajach. Wcale nie na Hawajach.