iRiver T10 – mam i nie oddam

Stało się dokładnie to, czego się obawiałem. Po dokupieniu do Szufelki dobrych słuchawek zacząłem się zastanawiać jak by zabrzmiały na lepszym odtwarzaczu. O lepszych odtwarzaczach pojęcie miałem dość mgliste, ale przyglądając się problemowi przez Google szybko odkryłem, że zasadniczo są dwie firmy produkujące sprzęt z najwyższej, empetrójkowej półki: iRiver oraz Cowon. Zostałem wiernym czytelnikiem specjalistycznego forum, co wkrótce doprowadziło mnie do marzeń sennych o nowym, lepszym sprzęcie. Już, już miałem na celowniku iAudio G3, ale w ostatniej chwili coś mnie tknęło i postanowiłem poszukać informacji i iRiverze T10. Kolejne godziny spędzone z Googlami na oczach przyniosły ostateczny werdykt: kupuję T10. Sprzedałem moją wierną Szufelkę i wczoraj zanabyłem następcę. Następca wygląda tak:

iRiver T10

Nie bójmy się tych słów i tych myśli: w porównaniu z iPodem sprzęt wygląda kiczowato, dyskotekowo i czuć go Cepelią. Wygląda, bo już w chwilę po wzięciu go do ręki orientujemy się, że jakością wykonania nie ustępuje produktom Apple. Solidny, gruby plastik, wygodne uchwyty, precyzyjny montaż. Wszystko jak trzeba.

Prawdziwa różnica staje się rozpaczliwie oczywista po założeniu słuchawek i włączeniu urządzenia: T10 gra tak, że klękajcie narody. iPod mu nie dostoi. Jakość dźwięku wydobywająca się z tego niepozornego (i kiczowatego, pamiętamy) pudełeczka po prostu uciera na miazgę. Na forum znalazłem opinie według których iRiver gra co najmniej tak dobrze, jak SoundBlaster Audigy Creative’a – na pewno daleko w tyle zostawia empegrajki tej firmy. Częste są zeznania ludzi, którzy twierdzą, że T10 kładzie na łopatki duże, stacjonarne zestawy audio (czyli tzw. „wieże”). No, mojego Technicsa na pewno.

Co jeszcze ma T10? Ma radio (takie sobie, antena w przewodzie sluchawkowym, u mnie gubi stereo) z możliwością nagrywania wprost do MP3 zarówno na żądanie, jak i automatycznie o zadanej godzinie i przez zadany czas. Ma dyktafon, który również nagrywa do empeczy – i jest to podobno najlepszy dyktafon, w jaki kiedykolwiek wyposażono odtwarzacz. Być może, nie jestem już studentem, raczej nie sprawdzę. Ma ekranik CSTN, niewielki ale wyraźny i podający akurat te informacje, które są niezbędne. Ma wygodny zaczep do przypinania do szlufki spodni (smycz w komplecie, ale jakaś dziwna). Ma też wybitnie denerwujące złącze mini-USB, za którego zabezpieczenie gumową zatyczką ktoś powinien podać sie do dymisji.

Do niedawna iRiver miał też jeszcze jedną denerwującą wprzypadłość – pracował wyłącznie w trybie MTP. Oznaczało to, że do obsługi nadawał się tylko firmowy soft (pod Windows) albo równie windowsowy Windows Media Player. Wprawdzie powstał niezależny sterownik dla Linuksa, ale to jednak nie to – szukałem czegoś, co pozwoli mi kopiować nagrania bezpośrednio na dysk USB i układać je w katalogi oznaczające po prostu poszczególne albumy. Na szczęście kilka miesięcy temu firma poszła po rozum do głowy i udostępniła program, ktory pozwala na dowolne przeprogramowywanie odtwarzacza z trybu MTP na UMS i na odwrót. Gdyby nie to, byłbym dziś właścicielem produktu konkurencji – iAudio, które od zawsze bez problemu dawało się obsłużyć zarówno pod Linuksem, jak i Mac OS X. Mój egzemplarz T10 był nawet na tyle miły, że od razu okazał się być wersją UMS. Wpinam, widzę „usbdisk” na pulpicie i problem z głowy.

Urządzenie ma 1 GB pojemności (akurat ten model, ale są jeszcze 512-megabajtowe i 2-gigowe). Jak dla mnie akurat, więcej nie potrzebuję. Na jednej baterii AA gra 53 godziny (w teorii, w praktyce zapewne około 40). Transfer jest szybki, szybszy niż na Shuffle, może nie drastycznie, ale dość wyraźnie. Odtwarzane są formaty MP3, WMA, Ogg Vorbis, ASF (wszystkie w zakresie 8 – 320 kbps), obsługiwane tagi ID3 w dowolnej odmianie, polskie znaki jak najbardziej. Moja kolekcja Ogg-ów znalazła nareszcie godny dom. Dźwięk można ubogacić equalizerem, który posiada jedenaście predefiniowanych ustawień plus oczywiście własny nastaw na pięciu częstotliwościach, w każdej z nich w zakresie od -15 do +15dB ze skokiem co 1dB. Jeszcze się go nie dotykałem, powiem szczerze. Do tego funkcje Surround (SRS) i TruBass, możliwość dodatkowego wzmocnienia dźwięku i dostosowanie jego rozdzielczości. Powtórzę się, bo warto: gra przepięknie.

Moje poszukiwania przenośnego grajka uznaję za zakończone. Na żadne fora już nie zaglądam, niczego nie czytam, nie daję się namówić. Koniec, kurtyna, oklasky.

PS: na niczym się tak nie traci, jak na elektronice. Po 11 miesiącach straciłem na Szufli 137 złotych, 55 procent ceny. C’est la vie. I pomyśleć, że dobry człowiek z drugiego końca świata chciał ode mnie kupić ten odtwarzacz za 650 euro…

PPS: Hadret, specjalnie dla Ciebie – naklejki na Szufelkę.