Steve Jobs: I do no evil

No i proszę, doczekaliśmy się. 2 kwietnia 2007 na rynku muzycznym wydarzyło się coś bardzo, bardzo ważnego. Coś, czego nie przewidywali nawet najwięksi optymiści. Drugiego kwietnia AppleEMI zdecydowały o sprzedaży nagrań pozbawionych DRM.

Okazało się, że Steve nie blefował. Po swoim dość zaskakującym oświadczeniu poszedł za ciosem i dogadał się z jedną z największych wytwórni filmowych na świecie. Począwszy od maja cały katalog EMI będzie sukcesywnie udostępniany jako kodowane z jakością 256 bitów pliki AAC (256 bitów w przypadku tego formatu oznacza jakość praktycznie nieodróżnialną od płyty CD, nawet dla audiofila). Wersja pozbawiona zabezpieczeń jest droższa o 30 centów, czyli niewiele. Dodatkowo, posiadane już zabezpieczone nagrania można za owo 30 centów wymienić na „odbezpieczone”. Sounds fair to me, Steve.

I o to chodziło! Wstaję dziś i biję brawo, panie Jobs. Pokazałeś pan dzisiaj, że jesteś facet z jajami i z wyobraźnią. Chłopaki z Defective By Design mieli panu wysłać błazeńską czapkę, ale na szczęście nie zdążyli. Dziś już wiadomo, że czapka powędruje na półkę a pan, panie Jobs, dostaniesz list z podziękowaniami, koszulkę akcji oraz dodatkowy prezent, nad którym aktualnie trwają dyskusje. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsze wydarzenie to także pokazanie wyprostowanego środkowego palca w kierunku Redmond, gdzie chłopaki po pięciu latach harówki opracowali system przeżarty DRM-em na wskroś. Być może Billowi Gatesowi dźwięczy właśnie w uszach radosny okrzyk Yipee-yi-yea…motherfucker! i być może da mu to nieco do myślenia. Wzmożoną aktywność wykazują dziś również półkule mózgowe członków zarządów pozostałych koncernów muzycznych – mam nadzieję, że zrozumieją, że oto kończy się pewna era. To se ne vrati, pane Havranek.

To co? Następne w kolejce są filmy, ja? Czy można prosić o polską, webową wersję iTunes, żebym ja, użytkownik Linuksa, mógł kupować „odbezpieczoną” muzykę bez konieczności instalowania kombajnów muzycznych, których nie potrzebuję?

Long live Steve! Dzięki raz jeszcze.