Na marginesie defilady

Najmniej miejscowi ufają Amerykanom. Ich stosunek do ludności irackiej bardzo różni się od naszego. Straszne z nich ksenofoby. Przekonani o własnej wyższości, wszystkich traktują z góry i pogardliwie. Wrogo podchodzą do Irakijczyków, nie zachowują się wcale jak wyzwoliciele. Amerykanie nie leczą Irakijczyków, co więcej, odmawiają nawet przewozu irackich rannych. Miałem kilka spięć na tym tle. W czasie zamachów bombowych w Karbali na początku 2004 roku w trakcie święta Aszura, tuż przed moim przyjazdem, nie przyjęli do swoich szpitali w Bagdadzie i Babilonie ani jednego poszkodowanego. Trudno się dziwić, że oni są tutaj w stanie ostrej wojny. Wyjaśnił mi to sierżant irackiej armii, który służy mi za tłumacza: – Wy, Polacy, w zasadzie moglibyście wyjść do miasta, nikt z przypadkowych ludzi raczej nic wam nie zrobi. Amerykanin zginąłby po przejściu kilkudziesięciu metrów.

Dowódca dywizji napisał po tym wydarzeniu list do żołnierzy. Oto jego fragment: Zwracam się z gorącym apelem do wszystkich żołnierzy o udzielenie wsparcia materialnego rodzinom tragicznie zmarłych i sam już deklaruję taką gotowość.

List wzbudził duże zniesmaczenie. Jego zasadnicza treść i cel powstania są skandaliczne. Nasz pokręcony naród słynie ze spontanicznych zrywów solidarnościowych mniej lub bardziej skutecznych. Czym innym jest jednak formalna akcja zapoczątkowana przez najpoważniejszego reprezentanta armii tutaj. Jest cholernym obowiązkiem armii i firmy ubezpieczeniowej zapewnić rodzinom chłopaków środki finansowe pozwalające na utrzymanie się. Większość z nas tak czy inaczej dorzuciłaby parę groszy. Wystarczyłaby jednak dyskretna informacja, a nie nachalny, napuszony list. Ale generałowie lubią pompę.

Jeden z nich pojechał jakiś czas później na strzelanie nad wielkie jezioro pod Karbalą. Impreza została przygotowana z należytą pompą – grill, a także motorówki. Grupa zabezpieczenia medycznego zadbała o obecność pielęgniarek. W takiej sielankowej atmosferze pan generał strzelał, konsumował produkty grillowane i pływał. Wszystko pod okiem chłopaków z kompanii ochrony, którzy spędzili cały dzień w pełnym sprzęcie, strzegąc bezpieczeństwa rozrywek dowództwa. Kilku z nich zaliczyło potem u mnie kroplówki.

Całość do wzięcia z internetowego wydania „Dużego Formatu”.