Boski podcast

Dopiero co pisałem o moich ulubionych podcastach, a już mam pierwszą aktualizację tej listy. Zakochałem się beznadziejną miłością w produkcji niby z jednej strony amatorskiej, ale z drugiej robiącej wrażenie wyprodukowanej przez HBO czy innego Foksa. Chodzi o „Mr. Deity”.

Zaraz wyjaśni się tytuł wpisu: podcast jest o Bogu. Tym chrześcijańskim. Wic polega na tym, że ten Bóg to raczej „Bogu” ze znanego skeczu Neonówki. Mr. Deity ma zatem ajfona, lekko olewackie podejście do swoich dzieł, wspólnika Jesse (albo „Hesusa”, z hiszpańskiego), żonę Lucy (zdrobnienie od „Lucyfer”) i asystenta Larry’ego. Z poczty głosowej (modlitwy) odsłuchuje tylko pierwsze kilka nagrań, pozostałe miliony kasuje. Gdy idzie do knajpy prosi Jesse’go żeby rozmnożył pojedynczą porcję na trzy pozostałe talerze, dzięki czemu można będzie oszczędzić na rachunku. I tak dalej, i tak dalej. Czujecie już klimat? Jeśli nie, to może na zachętę pierwszy odcinek?

Co dziwne, podcast doceniany jest również przez amerykańskich chrześcijan. Twórcy dostali wiele maili, w których na przykład pastor pozdrawia i zwierza się, że wykorzystuje niektóre odcinki podczas zajęć w szkółce niedzielnej. OK, być może to nie powinno być aż takie dziwne, bo humor prezentowany w „Mr. Deity” to nie jest brutalne walenie młotem w głowę a raczej delikatne stukanie gumowym młoteczkiem w kolano. Nie każdy się zorientuje. Jak tak się zastanowić, to chyba „najmocniejszy” odcinek to „Mr. Deity and the Magic”. O, ten właśnie:

Problemy z tym podcastem są dwa. Po primo, jest po angielsku. Po secundo jest mocno „zlokalizowany” i żeby go docenić przydaje się jednak znajomość tła. W odcinku, który oglądaliście przed chwilą (bo oglądaliście go, PRAWDA?!) dobrze jest znać duet Penn&Teller, w innym z kolei („Mr. Deity and the skeptic”) warto skojarzyć, że Bóg rozmawia z PZ Meyersem i ten banan na końcu odcinka nie jest przypadkowy.

„Mr. Deity” to także „Words”, czyli taki trochę jakby sub-podcast, który opowiada o kulisach powstawania głównego show (i z którym są problemy w iTunes, ostrzegam). Od czasu do czasu trafia się też wariacja podstawowego tematu – czyli „mini wywiady o maxi sprawach”, gdzie Larry przeprowadza wywiad z Bogiem a całość wzorowana jest na słynnym pojedynku Frost vs. Nixon (i znowu dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, bo nikt nie objaśnia kontekstu).

Fajne, c’nie? I’m sold, jak mówią rodacy autorów. Na tyle sold, że pewnie uaktywnię swoją kartę kredytową. W końcu jak ktoś tak ładnie prosi, to trudno odmówić (musicie to obejrzeć, koniecznie; sam przycinałem, temi rencami).

Moje podcasty

W Internecie można znaleźć sporo dobra, niedobra zresztą też. Większość ludzi leci na dobro płatne, acz darmowe[1], zasysając kolejne megabajty i pochłaniając tony komercyjnej papki. Wolno im, najwyżej będą jeszcze głupsi.

Trochę wożę drzewo do lasu, bo pewnie większość czytelników blogusia to wie, ale co mi tam, zawołam – pamiętajcie o podcastach! Są też płatne, jasne, ale przede wszystkim jest potężna ilość darmowych audycji, które tylko czekają, żeby po nie sięgnąć. Poniżej, w ramach rozbudzania apetytów, pozwalam sobie przedstawić listę tego, co sam subskrybuję.

Skeptoid – od niego zaczęła się u mnie poważna słabość do podcastów. Skeptoid to audycja prowadzona przez Briana Dunninga, amerykańskiego sceptyka. Niedługa, w porywach 15-minutowa, bezbłędnie zrealizowana od strony technicznej[2]. To klasyczny debunking, czasami nieco zgryźliwy, ale nigdy obraźliwy, czasami wystawiający swoich słuchaczy na poważne wyzwania intelektualne. Jestem wiernym fanem, na tyle wiernym, że co miesiąc znika z mojej karty $3,99 w ramach wsparcia dla tego projektu[3]; przygotowałem też definicyjkę dla polskiej Wikipedii.

The Skeptics’ Guide to the Universe – dwa podcasty o tym samym? Pozornie. SGU jest po pierwsze dłuższe (przeciętnie godzina), po drugie ma nieco inny, że tak powiem, format. To swobodna rozmowa między kilkoma osobami, podzielona na kilka stałych sekcji, często dryfująca w nieoczekiwane całkiem rejony (czy Batman dokopałby Spidermanowi, czy może odwrotnie?). Początkowo zastanawiałem się czy warto, ale jak już przebiłem się przez pierwsze kilkanaście odcinków, to się chyba trochę zżyłem z prowadzącymi i tak już zostało. Subskrybuję też SGU 5×5, 5-minutowy, cotygodniowy podcast koncentrujący się na jednym zagadnieniu. Z rozpędu.

Dilbert Animated Cartoons[4] – animowany Dilbert to prawie jak rozebrana Matka Boska? No właśnie, że nie. Ruszająca się wersja naprawdę daje radę, głównie ze względu na świetne udźwiękowienie. Co ja mogę więcej napisać? KO-NIE-CZNIE!

Hak5 – przyznam szczerze, że jesteśmy z tym podcastem na etapie małego kryzysu. Wciąż mam go w iTunes, ale nie wiem czy jeszcze obejrzę. Jest to videocast, trwa około godziny i jak na moje standardy jest nieco zbyt luzacki. Czasami można tu znaleźć trochę ciekawych informacji, ale czy to jest to warte 60 minut mojego cennego czasu? Nie wiem. Żyjemy więc tak w zawieszeniu, niepewni przyszłości. Może się komuś spodoba.

BitJam Podcast – sentyment do scenowej muzyki zmusił mnie do zasubskrybowania. Dźwięki z tego getta, czasem lepsze, czasem gorsze, ale jak złapałeś takiego bakcyla w młodości, to nic nie poradzisz. Czasami nagrania z publicznych wystąpień jakichś znanych scenowców, przerywane – a jakże – muzyką. A tak poza tym, to BitJam to fajne, scenowe, internetowe radyjko.

The New Yorker Animated CartoonsNew Yorker to coś w rodzaju – powiedzmy – polskiego „Przekroju”. Pismo dla nowojorskiej inteligencji. Mówimy „The New Yorker”, myślimy „Woody Allen”. Te klimaty. Kreska mocno różna od typowego komiksu znalezionego w sieci, poczucie humoru też. Ja lubię.

Happy Tree Friends – animacje leżące na jakże odmiennym od New Yorkera biegunie. Proste, głupie, pełne przemocy, krew leje się hektolitrami. Mam do nich słabość, nie potrafię tego sensownie wytłumaczyć. Nie pokazywać dzieciom.

iPhone Apps Demos – Jerad Hill pokazuje nowe aplikacje dla Ajfona. Tak, mam tą słuchawkę i muszę stwierdzić, że do podcastów to jest po prostu dream machine. Oglądam chyba trochę z przyzwyczajenia, bo już dawno nie trafiło się nic ciekawego, ale z kronikarskiego obowiązku melduję, że mam to zasubskrybowane.

The Moth Podcast – podobno opowiadanie historii przy ognisku zapoczątkowało erę przekazywania informacji. To jest właśnie dokładnie to samo, tylko bez ogniska. Historie. Opowiedziane ze sceny, przed całkiem liczną publicznością. Proste. Wśród opowiadających na przykład Moby albo Ethan Hawke. W sumie niezwykłe, bo takie inne od tego, co mamy w Polsce. Czyli niczego.

The Ricky Gervais Podcast – Ricky to siła napędowa serialu „Statyści” („The Office” nie znam, więc się nie wypowiadam). Uwielbiam tego gościa. Od czasów Monty Pythonów wielbię zresztą wyspiarskie poczucie humoru, więc nie mam wyjścia. Podcast dla fanów aktora, w dodatku ten brytyjski akcent… Do you want to come back to my place, bouncy bouncy?

ScreenCasts Online – Don McAllister produkuje co tydzień znakomitej jakości screencasty dla użytkowników Maka. Woła za nie 57 dolarów co sześć miesięcy i zdecydowanie polecam je każdemu, kto zna angielski i przesiadł się na tą platformę. Coś pięknego. Ja korzystam z wypuszczanych co 2 tygodnie bezpłatnych odcinków – wyciągam się wtedy przed telewizorem, włączam AppleTV i mnie nie ma. Oglądam ze względu na szkocki akcent, bo jeśli chodzi o stronę merytoryczną, to tylko czasami znajduję coś ciekawego. Technicznie bezbłędne. Zdecydowanie nie polecam przemyśliwującym o kupnie komputera z One Infinite Loop – po obejrzeniu dowolnego odcinka macie, koledzy, przechlapane po całości.

Stephen Fry’s Podgramsten podcast nie jest przeznaczony dla członków i sympatyków Ligii Polskich Rodzin, chciałoby się napisać. Dla słuchaczy Radia Maryja zapewne też. Stephen Fry to ten gej, którego głosem gada budzik, to ten sam facet, który wie co to Open Source oraz wygłasza hymny pochwalne na cześć ruchu GNU; to także ten sam facet, co to kiedyś robił w duecie z Doktorem od Kuli. Uwielbiam (skazany na brytyjski humor, pamiętamy).

TED – nie ma takiej możliwości, żeby Jaśnie Oświeceni Czytelnicy tego bloga nie wiedzieli czym jest TED. Uczestnictwo w tych spotkaniach kosztuje ciężkie pieniądze, chwała więc dowolnemu z bogów za te nagrania. Jak się to zapuści, to człowiek przepada. Ostrzegam.

Ubuntu Podcast – nie mogło tego zabraknąć. Videocast zrobiony wedle starodawnej formuły „dwóch gości sieci na kanapie z laptopami i gada do kamery”. Mam poważną słabość do tej dystrybucji, co wiedzą pewnie wszyscy, którzy do mnie zaglądają, więc nie mogłem tego nie subskrybować. Dla mnie podobnych pozycja obowiązkowa.

Wired Science Video Podcast – „Wired” to jest to pismo, za które gotów byłbym dać każde pieniądze, gdyby tylko zechciało się ukazywać w polskiej wersji językowej. Zdaję sobie niestety sprawę, jak marginalny jest nasz nadwiślański rynek i pewnie z tego powodu pocieszam się podcastem redakcji naukowej. Uwaga: dostępne chyba tylko na iTunes; jeśli ktoś zna jakiś ludzki RSS do tych nagrań, proszę o sprostowanie.

WNYC’s Radio LabRadiolab believes your ears are a portal to another world. Where sound illuminates ideas, and the boundaries blur between science, philosophy, and human experience. Big questions are investigated, tinkered with, and encouraged to grow. Bring your curiosity, and we’ll feed it with possibility. No co ja mogę dodać ponadto? Audycja PUBLICZNEGO amerykańskiego radia – to coś jak sprywatyzowany ZUS w Polsce.

I tyle. Uderza Was coś? Powinno, bo w powyższym zestawieniu brak jest polskich audycji. Po prostu nie zdarzyło mi się spotkać polskojęzycznego podcastu, który nie zmęczyłby mnie po 15 minutach. Gdyby ktoś z Szanownych Czytelników miał swoje typy, to może spamować w komentarzach.

Na koniec: polecam, polecam, polecam anglojęzyczne audycje tym wszystkim, którzy uczą się języka albo chcą go sobie odświeżyć, albo po prostu chcą być na bieżąco. To fantastyczny sposób na regularne spotkanie z żywym angielskim w wielorakości akcentów – angielski, amerykański, szkocki, australijski, you name it.

PS wpis powstał w cichym porozumieniu z Opim. Umówiliśmy się podstępnie i skrycie, że napiszemy na ten sam temat. Jeżeli dobrze rozumiem ustalenia, to nie ostatni tego typu eksperyment.


Przypisy:

  1. paradoks taki []
  2. polecam odcinek 150 – coś nieprawdopodobnego jak na amatorską produkcję []
  3. ale generalnie, to rzecz jest bezpłatna, bez obaw []
  4. XML tutaj []

CC FTW!

Być może niektórzy wiedzą, reszta nie – mam ci ja konto na Flickerze. Konto dawno zresztą nie odświeżane, no ale nie o tym miałem…

Zdjęcia tam umieszczone są objęte bardzo liberalną licencją i szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałem się specjalnie nad jej wyborem – trzeba było coś wskazać, to wskazałem na CC, to było dla mnie oczywiste. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ktoś je zechce wykorzystać. Bo wiecie, o takich rzeczach to się czyta u Lessiga, ale żeby w prawdziwym życiu? W życiu!

Do dziś. Dziś otrzymałem komentarz Corey’a Lallo (północne Illinois), który prowadzi bloga KidKaizen. Z czym to się je? Corey ma głos:

Every facet of the word “Kid” is worthy of exploration. Being a kid, making a kid, raising a kid, talking to a kid, listening to a kid, hugging a kid, loving a kid and being loved by a kid. While parenting can be the hardest job imaginable and can have the effect of amplifying our imperfections and shortcomings, it is exciting nonetheless and can trump any profession by evolving into an obsession.

Kaizen (prounounced Ki- like “eye”, zen) is Japanese for “continuous improvement” and as a philosophy focuses on that improvement in all aspects of life. As it applies to the workplace Kaizen relates to Lean Processing as a method to eliminate wastes of time and cost. KidKaizen will concentrate on the “all aspects of life” interpretation and apply it to our interaction with kids.

Corey natknął się na jedną z moich fotek poprzez wyszukiwarkę Creative Commons. Zdjęcie się spodobało, więc je sobie pożyczył, użył w swoim artykule, ładnie podlinkował, po czym wystawił komentarz z informacją, że oto sobie użył. Wersal, proszę ja Was.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że jak się człowiek naczyta o kolejnych plagiatach w polskim internecie, to takie zachowanie i takie maniery lekko go zaskakują, choć przecież powinny być naturalne, prawda? Wiem czym jest Creative Commons, wiem jakie idee za nią stoją, więc postępuję w jej duchu.

Niby to takie oczywiste a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu. W każdym razie – CC działa, korzystajcie, jeśli tylko możecie.

Sztuka dokumentu. Właściwie – jakieś 350 sztuk.

Gdyby kogoś nudziły już powoli virale czy kolejne trailery oglądane w sieci i chciałby się intelektualnie sponiewierać – zapraszam na witrynę Top Documentary Films. Blisko 350 filmów dokumentalnych w szesnastu kategoriach, cierpliwie pozbierane na sieci i spięte WordPressem. Do oglądania online, żadnych torrentów.

Problemem jest jakość kompilacji. Wysiłek intelektualny rozpoczyna się już na etapie przeglądania zasobów – sporo tam paradokumentalnych odpadków (9/11, UFO, Atlantyda i temu podobne), ale przy odrobinie samozaparcia można trafić rzeczy naprawdę ciekawe i warte tych kilkudziesięciu minut uwagi. Wszystko rzecz jasna po angielsku. Takie czasy, globalizacja jej mać.

WPA jeszcze żyje, ale co to za życie?

Od kilku dni już wiadomo, na czym polega luka w protokole WPA. Jest pomysłowa, chociaż między Bogiem a prawdą na niewiele się zdaje, bo ma dość ograniczony zasięg działania.

Szczegóły dla osób zainteresowanych dostępne są w opracowaniu udostępnionym przez autorów, przeciętnego Kowalskiego powinno interesować, co z tego wynika dla jego domowego routera, który skonfigurował mu znajomy sąsiadki teścia. Otóż, jak już wspomniałem, póki co niewiele.

Żeby udanie zaatakować AP posługujący się WPA trzeba spełnić kilka warunków:

  1. AP musi się posługiwać TKIP. To minimalny warunek nałożony na urządzenia certyfikowane dla sieci WiFi, więc zdecydowana większość producentów tutaj właśnie kończyła swoje działania. Nie wiem jak jest w oryginalnym oprogramowaniu Linksysów WRT54GL, ale posiadacze Tomato mogą skonfigurować WPA do pracy z niezniszczalnym póki co AES;
  2. atakujący musi znać zakres podsieci, którą chce spenetrować. To żaden problem, przede wszystkim dlatego, że większość urządzeń posługuje się domyślnymi ustawieniami w rodzaju 192.168.0.0/24 czy 192.168.1.0/24;
  3. okres odnawiania klucza sesji musi być długi, co znowu nie jest problemem, bo domyślne ustawienie to 3600 sekund;
  4. AP musi używać QoS. Wprawdzie autorzy wspominają o teoretycznej możliwości przeprowadzenia ataku bez włączonej obsługi QoS, ale jest to – na moje przynajmniej oko – zbyt rzucające się w oczy działanie.

Sporo tego, przy czym najważniejszy jest QoS, którego jak sądzę producenci domyślnie nie aktywują. Jeżeli nie używasz więc priorytetyzacji ruchu jesteś bezpieczny.

Warto też dodać, że nawet udany włam nie oznacza w tej chwili jakichś strasznych konsekwencji. Odszyfrować i zmodyfikować można jedynie pakiety krótkie, o znanej zawartości, jak te używane przez ARP czy niektóre zapytania DNS. To raz. Dwa – modyfikować można jedynie ruch do AP, nie ma w tej chwili możliwości deszyfrowania ruchu w kierunku odwrotnym. Trzy – nie udało się złamać klucza sesji, więc wasze numery kart kredytowych, adresy odwiedzanych przez Was stron oraz inne, nie szyfrowane na innym poziomie informacje są bezpieczne. Do czasu. Pierwsza dziurka w WPA zostanie zapewne zamieniona w sporą wyrwę, więc jeżeli Twój router nie obsługuje kombinacji WPA/AES, to w dłuższej perspektywie jesteś skazany na zakup nowego urządzenia, które potrafi rozmawiać ze światem za pomocą protokołu 802.11i.

Powyższe rozważania nie dotyczą rzecz jasna firm, które wciąż używają WPA. Te pierwsze znajdą się na celowniku, ale szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie organizacji z przytomnym informatykiem, która ruchu bezprzewodowego nie przesyła w tunelach VPN.